Wstęp
Nazywam się Kolita Mark Nikolaevich, urodzony 25.06.1976, i tutaj znajdziecie dość fascynującą opowieść o romantycznym związku dwojga ludzi. Większość z was zna tych ludzi osobiście; niektórzy jeszcze nie znają tej pary, niektórzy znają tylko jedną osobę. Jednak narracja przedstawiona na tych stronach ujawni ciąg zdarzeń, który pośrednio pozwoli czytelnikowi wyczuć prawdziwą naturę bohaterów tej opowieści.
Część pierwsza, Tło
Młody mężczyzna o imieniu Mark, w tamtych odległych czasach, studiował w college'u muzycznym w Symferopolu. Ponieważ mieszkał dość daleko od miasta, musiał zatrzymać się u przyjaciela (którego imienia tu nie wymienimy), a przez zrządzenie losu w tym samym gościnnym domu przebywała inna postać naszej opowieści podczas swoich zajęć w college’u. Była niezwykłą osobą, czystego serca i niesamowicie nieśmiałą. Nasz bohater zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, od samej chwili, gdy ją zobaczył. Poczuł, że to jest ich przeznaczenie. Ona, to niebiańskie stworzenie zstępujące na świat śmiertelników, okazała przychylność młodemu mężczyźnie, która wkrótce rozkwitła w najpiękniejsze uczucie na ziemi: miłość.
Nie mieli wiele czasu, by być razem; w okolicy, w której przebywali, znajdowały się prywatne domy oraz obszar stepowy, wciąż niezagospodarowany w tamtym czasie. Pewnego dnia nasi bohaterowie wybrali moment i poszli na spacer — jak wszyscy wiecie, stepy są piękne późną wiosną. On zerwał bukiet dzikich kwiatów, a ona chętnie go przyjęła. Nie był to luksusowy bukiet drogich kwiatów, ale wydawał się najcenniejszym i najbardziej znaczącym prezentem, jaki kiedykolwiek otrzymała. Potem nadszedł czas powrotu do domu; sesja się skończyła, testy i egzaminy zostały zdane. Poszedł z nią, aby odprowadzić ją na dworzec autobusowy. Powiedziała, że jedzie do babci w Biełogorsku. Spadł krótki, lecz dość intensywny deszcz, a strumienie wody spływały po drodze, więc przeniósł ją przez nie. Czekając na autobus, usiedli na ławce i podzielili się swoim pierwszym pocałunkiem. Był to najdelikatniejszy, najdłuższy i najbardziej niezapomniany pocałunek w ich życiu.
Nasz bohater nawet nie zapytał, dokąd dokładnie zmierza ani jak ją znaleźć. Było to tak drugorzędne, że po prostu o tym nie myślał. W końcu była tam, blisko, i nie było potrzeby myśleć o niczym innym, tylko o niej.
Nadszedł czas odjazdu autobusu. Wspięła się po schodkach do autobusu. Starali się nie spuszczać z siebie wzroku. Gdy autobus odjechał, pomachała, a jej twarz nosiła najszczęśliwszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziano w historii ludzkości.
W tamtych czasach nie istniała łączność mobilna i nie można było wymieniać się wiadomościami tak, jak jest to powszechne teraz. Kto wie, gdyby wtedy istniały te możliwości, być może nie czytalibyście tej opowieści. Odeszła, i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie wie, jak ją znaleźć. Wrócił do domu przyjaciela, nie wiedząc, jak poprosić o jej adres. Zbierając odwagę, zapytał — przyjaciel nie wiedział lub udawał, że nie wie. Jedyną wskazówką, jaką miał nasz bohater, było Biełogorsk, babcia, Berserkova Zera (i tak, w tamtym czasie nie czytałem Tolkiena i nic nie wiedziałem o Władcy Pierścieni (odniesienie do słynnej frazy, Shire, Baggins)). Nadeszło lato. Krymskie słońce było bezlitosne, a stepowe tereny w tamtym czasie wyglądały jak pustynia, z wypalonymi trawami i plamami zieleni, ozdobione porozrzucanymi krzewami.
Mark nie wiedział, jak skontaktować się ze swoją ukochaną ani jak ją odnaleźć. Cóż, było tylko jedno rozwiązanie: jeśli ktoś się zgubi, trzeba go szukać. I tak wyruszył, by ją odnaleźć.
Pierwszy cel: Biełogorsk. A potem… Logika podpowiadała, by szukać w książce adresowej lub w biurze paszportowym; nawet nie pamiętam, do której instytucji się zgłosiłem. Pamiętam, że opowiedziałem naszą historię, a personel był pomocny, przeglądając wszystkie zapisy, ale nic nie znaleźli — były inne osoby o imieniu Zera, ale nie było pełnego dopasowania imienia, nazwiska i roku urodzenia.
Byłem zdumiony; nie mogło być tak, że nie udało mi się rozwiązać tak ważnego zadania. Gdzie skoncentrowało się wtedy życie małego miasteczka? Uderzyło mnie: rynek — wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich, zwłaszcza o wnuczce mieszkającej z babcią. Taką osobę znaleziono; sprzedawał niedrogie buty, jak pamiętam, rzędy sandałów rozłożone na kawałku brezentu, tuż na ziemi. Zaprosił mnie do swojego domu; pamiętam, że było tam wiele dzieci. Usiadliśmy do posiłku, i byłem zaskoczony jego gościnnością. Ja, nieznajomy, młody człowiek, zostałem zaproszony do domu, a oni nawet zaoferowali pomoc w odnalezieniu mojej ukochanej. Żyli skromnie, ale dom był pełen szczęścia. Zauważył, jak patrzyłem na dzieci, jak biegają po domu, i zapytał mnie, czy chcę, aby było tak jak tu? Zawahałem się, ale minutę później odpowiedziałem: bardzo tak. Wstał, powiedział surowym głosem, usiądź tutaj, poczekaj. Nie czekałem długo; wrócił i radośnie powiedział mi, że moja Zera została znaleziona, podając mi adres. Nie wiem dlaczego, ale nie miałem cienia wątpliwości, że adres jest poprawny. Zapytałem tylko, dlaczego był wobec mnie tak uprzejmy. Uśmiechnął się i odpowiedział, że szczęście kryje grzech.
Miałem trochę pieniędzy; podałem mu je, pokręcił głową i powiedział: 'Będziesz tego teraz potrzebować,' i po prostu uścisnął moją rękę.
Pierwsza Randka, czy Pierwsza Strata...
Nie podam tutaj adresu; powiem tylko, że się nie zmienił. Ona wciąż tam jest. Nie pamiętam dokładnie, jak dotarłem do tej osady ani jak zacząłem pytać przechodniów o drogę. W końcu znalazłem to miejsce. Dom, w którym mieszkała rodzina Bekirovów, był w budowie, jak większość domów repatriowanych Tatarów krymskich. Podszedłem do ogrodzenia, zobaczyłem kogoś na podwórku i poprosiłem o przywołanie Zery. Była to jedna z jej sióstr. Weszła do domu i zawołała moją ukochaną. Zera wybiegła na podwórko, radosna, zaskoczona. Ale nie zdążyliśmy nawet wymienić słowa, gdy wyszedł jej ojciec; kategorycznie odmówił spotkania. Powiedział, że to jest niemożliwe z definicji. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułem prawdziwą pustkę.
W tym momencie nie mogłem się oprzeć ani nalegać. Szacunek dla starszych, dla rodziców, przeważał nad moją buntowniczą naturą. Oczywiście z perspektywy czasu postąpiłbym inaczej, i wszystko potoczyłoby się inaczej.
Pogodziłem się i wróciłem do domu, do Sewastopola. Jak później się dowiedziałem, Zera dzwoniła na mój numer domowy w Sewastopolu, ale moi krewni zachowali się niewłaściwie. Nie było mnie w domu i nikt nie przekazał, że Zera dzwoniła.
Jesienią tego samego roku wyjechałem do Moskwy, ale nigdy nie zapomniałem tej jasnej duszy.
Nigdy nie Kłam Sobie!
Czas mijał — dni, miesiące, lata. Młody mężczyzna o imieniu Mark dorastał, próbując swoich sił w biznesie. W tamtym czasie wielu ludzi szukało drogi w różnych zawodach; on montował okna, przeprowadzał remonty mieszkań, a zdobywszy doświadczenie, założył małą firmę budowlaną. Budowali w całej Ukrainie, od Sewastopola po Lwów. Na tych budowach poznałem kobietę. W pewien sposób przypominała mi moją Zerę. Zdałem sobie sprawę, że robię coś źle. Bywały momenty, gdy nazywałem ją Zerą. Gdy pytano, co powiedziałem, kłamałem, wymyślając coś.
Z tą kobietą (jej imienia tu nie podam) mieliśmy córkę — niesamowitą, maleńką istotę. Przeprowadziłem się do Charkowa. Straciłem zainteresowanie biznesem, miałem konflikty z grupą Privat, gdzie byli gangsterzy i uciekinierzy — strzelaniny. Potem wszystko się uspokoiło, jakby na rozkaz.
A potem nadszedł 2010 rok. Aby zarobić na życie, ponieważ biznes zniknął, rozpocząłem nowe przedsięwzięcie. I jak często bywa z małymi schematami, które nam się nie podobają, skrzyżowałem drogę z urzędnikami miasta, a raczej z ich interesami. Aby nie narażać rodziny na niebezpieczeństwo, kupiłem bilet lotniczy i poleciałem do Izraela.
Byłem tam wcześniej i zostawiłem wynajęte mieszkanie przyjacielowi (przynajmniej tak wtedy myślałem), podczas gdy dokumenty płatności (czeki) były na moje nazwisko. Z tych linii wynika jasno, że przyjaciel nie opłacił rachunków ani czynszu, co doprowadziło do sporów prawnych i innych nieprzyjemnych konsekwencji. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy nie wiedziałem, co zrobić ani od czego zacząć.
Decyzja, którą podjąłem, była najprostsza i w tamtym momencie najbardziej błędna. Zacząłem pracować nieoficjalnie, wysyłając niewielką miesięczną sumę do Charkowa. Tak mijały trzy i pół roku. Potem nadeszły wydarzenia na Majdanie — dzieci bite, protesty, pierwsi zabici w tej bezsensownej wojnie. Nie widziałem całego obrazu, ale duch wolności i odrzucenia niesprawiedliwości mówił mi, że to dopiero początek. Nalegałem, aby moja rodzina w tamtym czasie przyjechała do Izraela.
Los Zawsze Dogoni, Niezależnie od Formy, w Jakiej Się Pojawia.
Przyjechali. Ich córka urosła; wówczas miała pięć lat. Rok później moja żona postanowiła wrócić do Charkowa, uzasadniając, że jej najstarsze dziecko musi być nauczane w domu. W Izraelu byłoby to niemożliwe ze względu na barierę językową. Decyzja ta zaskoczyła mnie, ale nie sprzeciwiłem się. To był punkt zwrotny. Później zdałem sobie sprawę, że moja córka w praktyce została mi odebrana.
Kontynuowałem wysyłanie funduszy na jej utrzymanie, ale zniknęła chęć działania. Po pracy chodziłem ulicami, patrząc pustym wzrokiem na otoczenie. Wszyscy wydawali się tak mdli, każdy zajęty drobiazgami. Zacząłem czytać — wszystko, od beletrystyki po podręczniki z podstaw analizy, rozwiązywałem zadania i rozwijałem zainteresowanie medycyną, psychiatrią i neurologią. To mnie odciągało, ale nie łagodziło bólu.
Potem pomyślałem, dlaczego miałbym stale podążać za arbitralnymi zasadami, wykonywać czyjeś polecenia? Zacząłem szukać Zery w mediach społecznościowych. Znalazłem ją. Nie lubi rozgłosu i prowadzi dość prywatne życie, ale znalazłem ją. Zaczęliśmy się komunikować — ostrożnie na początku, z pewnym dystansem. Ale przyjęła mnie, złamanego, zniszczonego, a mimo to mnie przyjęła. Przywróciła mi wiarę w siebie, zmusiła do działania, zacząłem spłacać długi. Mimo zdecydowanego sprzeciwu jej rodziców, przyjechała do Izraela, by być ze mną.
Byliśmy znów razem — poczucie pełni, jak wcześniej. Nie pragnąłem niczego poza tym, czego ona potrzebowała. Marzyliśmy o dzieciach, rozpaczliwie ich pragnęliśmy, ale nic się nie działo. Później rozwiodłem się z pierwszą żoną — tak, byłem bezwzględny, ignorując jej prośby, chociaż zgadzała się na wszystko poza rozwodem. Nie rozumiała, że powód mojego ponownego związku z Zerą i naszego małżeństwa był wyłącznie Zera, jej obecność. Być może się myliłem, najpewniej tak, ale nie roszczę sobie prawa do świętości. Tak znalazłem swoje szczęście — moją Zerę. I nie zamierzam jej oddać nikomu, nawet sobie samemu.
Szczęście, Tak Krótkotrwałe...
Później odwiedziłem Biełogorsk. Wielu z was pamięta, jak promienna była, iskrząca niczym promień słońca tańczący w kropli rosy o poranku. Było tak wiele chwil, dla których z chęcią zniósłbym każde cierpienie, tylko po to, by przeżyć je jeszcze raz.
Potem, jak pamiętacie, Zera przyjechała do mnie, ale izraelska straż graniczna nie przepuściła jej. Wróciłem do domu (tak, domu, bo dom jest tam, gdzie jesteśmy razem). Jeździliśmy na małe wyjazdy, zatrzymywaliśmy się w wynajętych mieszkaniach i skromnych hotelach. Ceniliśmy siebie nawzajem, rozkoszując się każdą wspólną minutą. A potem, jak wszyscy pamiętają, nadeszła pandemia. I... lata znów mijały. Nie, nie zrozumcie mnie źle — byliśmy razem, nawet na odległość, wciąż byliśmy razem...
Wojna, Moja Ojczyzna w Ogniu, Gniewie i Grozie.
Potem rozpoczęła się wojna. W nocy 24 lutego moja przestraszona córka zadzwoniła do mnie, krzycząc przez telefon: 'TATO, TU JEST PIEKŁO!' W Charkowie rozpoczęło się ostrzał. Na ulicach leżały porozrywane ciała ludzkie — wśród nich wiele dzieci, kobiet, mężczyzn — a żołnierzy w mieście jeszcze nie było. Mieszkaliśmy na 13. piętrze, a artyleria tłukła w bloki mieszkalne niczym na poligonie. Mam wiele relacji ze względu na charakter mojej pracy, mnóstwo nagrań, i wszystko to rozgrywało się przed oczami dwunastoletniego dziecka.
Ewakuowali się. Co działo się potem? Zera dzieliła mój niepokój; byliśmy w kontakcie prawie cały czas. Zacząłem pomagać moim przyjaciołom wojskowym, uczyłem się programowania i zostałem wojskowym programistą. Prawie wszyscy moi przyjaciele od pierwszego dnia poszli na wojnę.
Chciałem wtedy iść, ale Zera i moja córka mówiły mi, żebym tego nie robił. Mój nieżyjący przyjaciel zablokował mi wjazd na granicach dzięki swoim kontaktom — szczegóły pomińmy (choć próbowałem dołączyć do towarzyszy, ale nie wpuszczono mnie, jak później się dowiedziałem, z powodu zakazu zaaranżowanego przez Lyutego).
Czas mijał — pierwszy rok, drugi, trzeci. Komunikowaliśmy się; nalegałem, by Zera przyjechała do mnie, i zaczęliśmy się kłócić. Zera odmówiła przyjazdu. Dlaczego, nadal nie rozumiem i nie chcę rozumieć.
Wojno, Przeklęta Trzysta Razy!
Były kilka dni, kiedy się nie odzywaliśmy, więc zadzwoniłem do niej, a Zera — moja Zera, światło mojej duszy, moje życie — powiedziała mi, że uważa się za moją byłą żonę.
Przede wszystkim bałem się ją stracić. Myślałem, że w podeszłym wieku, jeśli ona odejdzie pierwsza, jak mogę żyć bez niej?
Przed tą rozmową zespół cyberbezpieczeństwa, którym kierowałem, wrócił z stratami. Ponosiłem część odpowiedzialności; znałem ich wszystkich. Połowa z nich pochodziła z Białej Cerkwi, z naszego Uniwersytetu Rolniczego. Znałem ich rodziny; spotykaliśmy się na urodzinach jednego z ich synów. Nie mówiłem Zerze o mojej pracy; sama zabroniła mi mówić o kolegach, wojnie czy tym, co robiłem.
Mógłbym wymienić ich wszystkich; zostały tylko cztery osoby...
Przed tą rozmową moja córka zapytała mnie: 'Tato, czy uważasz, że jesteś dobrym tatą, czy coś jest nie tak?' Nie mogłem wyjaśnić, dlaczego takie pytania się pojawiają, bo gdybym to zrobił, zamiast pytać, mogłaby zacząć nienawidzić matki — lepiej, żeby nienawidziła mnie...
Nie powiedziałem Zerze nic z tego; miała już wystarczająco dużo do zniesienia. Ale gdy usłyszałem 'Jestem twoją byłą żoną', poniosło mnie. Z lęku przed jej utratą zrobiłem wszystko, by sprawy się ułożyły. Przypominałem jej, jak straciliśmy dzieci, których tak bardzo pragnęliśmy, dzieci, o których zawsze marzyliśmy. Krzyczałem, pisałem uwagi, oskarżając ją, i z czasem uwierzyłem, że mam rację.
Czy spowodowałem jej nieznośny ból? Zapytaj ją; wszystko działo się na waszych oczach. Teraz zdaję sobie sprawę, że tak, sprawiłem jej wielki ból. Czy tego chciałem? Nie, absolutnie nie. Gdy złożyła wniosek o rozwód, nie przeprosiłem jej. Zamiast tego eskalowałem sytuację, myśląc, że wróci. Że to nie jest poważne, bo kocha mnie, tak jak ja ją.
A ona kocha, wciąż kocha, ale boi się przeżywać ten ból ponownie. Dlatego mówi, że dobrze jej samodzielnie. I nic więcej nie jest potrzebne.